Dlaczego właśnie irygacja?
Informacje na temat stomii oraz j-pouchaObrazek tytułowy

Autorem tekstu jest Kwiryn

Artykuły

Dlaczego właśnie irygacja?

Czym różni się człowiek od innych naczelnych, co uczyniło go panem tej ziemi? Moim skromnym zdaniem, ciekawość i niezadowolenie. Człowiekowi nigdy nie wystarczało to, co miał, zawsze szukał czegoś innego, lepszego czegoś nowego. W Biblii już jej pierwsze wersety pokazują pierwszych ludzi, którzy z ciekawości spożywają owoc zakazany. Na dalszych stronach Biblii mamy opowiadanie o żonie Lota, zamienionej w słup soli. Przyczyną tych wydarzeń była oczywiście ciekawość. Za ciekawość niejeden drogo zapłacił. W bajce o rybaku i złotej rybce mamy panią rybakową, która żąda coraz więcej - to typowy przykład człowieka, którego pragnienia nic zaspokoić nie jest w stanie - jak posiądzie jedno, zaraz budzi się w nim pragnienie czegoś innego lepszego, przynajmniej w jego to mniemaniu.

Gdy idzie pieszo, z zazdrością spogląda na tych, co jadą rowerem, obym miał i ja taki rower, a gdy go posiadł, patrzy z zazdrością na tych na motocyklu, a gdy się przesiadł na motocykl, chciałby mocniejszy, szybszy, a potem samochód tak samo coraz lepszy i tak dalej. Nigdy nie jest spokojne serce ludzkie, wiecznie czegoś pożąda i poszukuje. I to wcale nie jest godne potępienia, lecz wręcz godne aprobaty, bo tędy właśnie wiedzie droga do wielkości człowieka. Gdyby nie właśnie takie nastawienie ludzkości, dreptalibyśmy nadal w epoce kamienia łupanego, albo nawet jeszcze gorzej. Wydaje mi się, że motorem napędowym naszej ciekawości i niezadowolenia jest nieokiełzany pęd do szczęścia, do tego by życie sobie ułatwić i umilić, by móc rozkoszować się swoją egzystencją, wszystkim tym, czym jesteśmy, co robimy i co osiągamy.

Nie można pochwalać biernej postawy, postawy niewolnika, postawy, która nie buntuje się przeciw swojej dotychczasowej sytuacji i nie próbuje jej odmienić, odwrócić czy też przekształcić. Nie można przyjąć czy tez pochwalać postawy "jakim mnie Panie Boże stworzyłeś takim mnie masz, daj mi jeść, bo ci umrę z głodu". Bóg aktywnym i pracowitym pomaga, albowiem jak pisze Biblia, Bóg działał i do tej pory działa i takim powinien być człowiek.

Wyjątkiem tutaj nie może być sytuacja powstała po chorobie, czy też po operacji. Nie można siedzieć i lamentować, zrobili mi dziurę na brzuchu i co ja teraz biedny pocznę. Wspaniałe są przykłady stomików, którzy wspinają się po górach, żeglują po morzach, uprawiają nawet nadal sport wyczynowy. Jednak by rzucić wyzwanie życiu ze stomią, trzeba poszukiwać takiego rodzaju zabezpieczenia stomii, by dawało to rękojmę, że w czasie, gdy będę intensywnie zajęty, moja stomia nie zrobiła mi psikusa i woreczek pełen treści odkleił się, a jego zawartość popłynęła sobie w "siną dal" w najmniej odpowiednim czasie i najmniej odpowiedni sposób. Jednak, by móc, choć w znikomej części cieszyć się swobodą, by po operacji prowadzić nadal taki sam niezmieniony tryb życia trzeba było coś zrobić.

Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, każdy człowiek jest inny, a więc każdy ma inne potrzeby, inaczej się odżywia, a co za tym idzie inaczej na jego brzuchu sprawują się woreczki. Jedni jak mój nieboszczyk partner z sali szpitalnej i niedoli stomijnej - temu woreczek grzecznie na brzuchu trzymał z dziesięć dni i więcej. W trakcie spotkania stomików rozmawiałem z pewnym starszym panem, a on mi powiada, że jemu zamknięty woreczek wystarcza na trzy dni. No cóż, można takim tylko pozazdrościć. Ani mu się nie odkleja, ani nie czuć od niego, ba, ale nie każdy może mieć taki komfort bez najmniejszego wysiłku ze swojej strony.

Jest jednak spora grupa takich, którzy mają problemy. Grupa ludzi pracujących zawodowo, którzy narażeni są bądź na awarie w postaci odklejania się woreczka, bądź w trakcie niekontrolowanego opróżniania się na "fiołkowe..." zapaszki. Rzecz niebywale przykra i w tym układzie nie do uniknięcia. Jest też grupa ludzi o nietypowej stomii, a mianowicie wklęsłej, która boryka się z wiecznie odklejającymi się woreczkami, system dwuczęściowy też nie bardzo spełnia ich oczekiwania, wiecznie cierpią na brak sprzętu, limit im nie wystarcza.

Wszelkie poszukiwania rozwiązań spełzały najwyżej na połowicznych sukcesach, dalekich od potrzeb. Pozostał jedyny sposób do rozwiązania tych problemów, oczywiście nie jest on w 100% idealny, ale z wszystkich możliwych dla kolostomika z problemami lub z większymi aspiracjami najlepszy, a jest nim irygacja. Na razie innego lepszego nie wymyślono. Można go stosować jako metodę na pozbycie się swoich problemów, bądź też jako sposób na uregulowanie sobie czasu oddawania stolca, by nie jak dotychczas po wyłonieniu stomii, kiedykolwiek się naszej stomii spodobało to się opróżniała, więc w każdej chwili można było mieć pełny woreczek. Ci też po osiągnięciu stałego czasu opróżnień kończą irygacje. Wystarcza im, że jak przed operacją rano się opróżnią, zmienią worek i mają do następnego opróżniania spokój. Dla innych celem jest opróżnianie się co drugi, a nawet, co trzeci dzień. Trzeba sobie jasno powiedzieć irygacja nie jest cudownym panaceum na nasze kłopoty stomijne, lecz w pewnym sensie złem koniecznym, ale na pewno lepszym od babrania się co chwilę przy opróżnianiu woreczka.

Irygacja to jednorazowa konieczność higieniczna i w zależności od własnego wyboru 24, 48 a nawet 72 godziny frajdy i swobody. Zresztą wyłonienie stomii też nie jest wymarzonym stanem, lecz złem koniecznym, koniecznym, bo ratującym nam życie. Cóż, w sytuacji, w której znalazł się stomik nie ma niczego idealnego, zawsze trafiamy na ten stolec, cóż taka nasza niestety dola. Do irygacji nie jest potrzebny sprzęt dwuczęściowy, bo i po co, nie potrzebne po irygacji pasty uszczelniające, bo niby, do czego miałyby służyć? Przecież stomia jest przez te 24, 48 czy też nawet 72 godziny czysta jakby wyszła z kąpieli. Po irygacji wystarczy nawet zwykła zatyczka i to wszystko. Na miarę możliwości stomika to jest pełny komfort. Gdy rozmawiałem z pewnym panem od lat irygującym i w końcu dodałem, że na wszelki wypadek mam ze sobą sprzęt zapasowy, a ten na to roześmiał się i powiada stary nawyk, silniejszy od rozsądku, po co panu ten ekwipunek, przecież do następnej irygacji nic się nie wydarzy.

Owszem, ale dopiero po pełnym wdrożeniu się organizmu do cyklicznego z góry założonego wypróżniania się, a to wcale nie dzieje się z dnia na dzień. Im krótsze te cykle, tym prędzej organizm się dostosuje. Gdy czyta się lekturę na temat irygacji, można by wyrobić sobie przekonanie, że to takie proste i łatwe, że tu nie ma żadnych tajemnic, więc też nie może być niespodzianek. Nic bardziej mylnego. Trzeba wiele uporu, by drogą prób i błędów opanować sztukę irygacji.

Z zazdrością czytałem jak to jest na zachodzie, gdzie nawet w małych miejscowościach są wykwalifikowane siły, które chętnych wdrażają w techniki irygacji i nawet są obecne przy pierwszych samodzielnych irygacjach, a w razie kłopotów są zawsze na podręczu, a u nas? Owszem w dużych miastach, jak słyszałem, jest coś takiego, ale trzeba na to być szczęściarzem i mieszkać w takim dużym mieście, albo w jego pobliżu. Takich miast, w których można by się nauczyć techniki irygacji, jest u nas zapewne tyle, że można by na palcach jednej ręki policzyć. Stąd też chętni zdani są najczęściej na własne siły i szukanie najlepszego rozwiązania, ale ten wysiłek nieraz kilku miesięcy uporu daje w efekcie wymarzoną swobodę i komfort psychiczny. Upór i wytrwałość wart jest tej swobody i tego komfortu, jaki daje irygacja. Pusty woreczek, minicap czy też zatyczka to efekt tegoż uporu. Świadomość, że ode mnie nie czuć, że gazy nie będą głośno opuszczały mojej stomii, to daje frajdę i możliwość znowu poczucia się pełnowartościowym człowiekiem, a nie człowiekiem zalęknionym i co chwila przepraszającym swoje otoczenie, że to nie moja wina, a wina mojej stomii, nad którą nie mam wpływu, ani też kontroli.

Jednak zanim do tego dojdzie, jest dosyć długa i mozolna droga wspinania się na ten szczyt komfortu, usiana drobnymi sukcesami, ale też i wpadkami. Organizm jest jak młody zdziczały rumak, który nie chce dać się drugi raz ujeździć i co rusz buntuje się i próbuje się wyrwać spod narzuconych mu cugli - reguł, ale każdy skrawek czasu wyrwany nieokiełznanej naturze daje nam satysfakcję wolności i swobody. Powoli czas ten narasta, a my czujemy się coraz pewniej i swobodniej zgodnie z maksymą "wart Pac pałaca i pałac Paca" i coraz bardziej odczuwamy, czego się pozbywamy i do pełni czego zdążamy.

Moja droga do irygacji

Wracając do mojej osoby, chyba po lekturze mojego kredo, jakie wyznaję i jakie powyżej złożyłem, można się zorientować, że jestem niespokojny duch i nie potrafię wytrwać w stagnacji. Staram się wszystko wokoło siebie zmieniać udoskonalać - taka moja natura, jestem typowym dzieckiem pierwszej dekady wiosny. Nie na darmo ma on znak barana, wiecznie aktywny. Toteż nie mogłem się pogodzić z wiecznie pełnymi workami. Pilska pani prezes koła stomików iryguje się i zachwala, jakie to dobre dla samopoczucia. Zaintrygowało mnie to, ba, ale spotkałem się też z zupełnie odmiennymi zdaniami, ze straszeniem. Zacząłem szukać informacji z ust miarodajnych i w internecie, ale za dużo to znaleźć nie było można. Gdy miałem kłopoty ze skórą wokół stomii, wiecznie odparzoną i uczuloną na dotyk, dzięki pośrednictwu p. Eli Lesińskiej, właścicielki strony "Stomia i j-pouch", poznałem pielęgniarza stomijnego i studenta medycyny mgr Dariusza Bazalinskiego, który mi wiele dręczących spraw wyjaśniał. Na zapytanie o irygację na łamach "Stomia i j-pouch" odpowiedziała pani Ania Grygorowicz, zachęcając do tego bym jak Juliusz Cezar przekroczył mój Rubikon. No i oczywiście mogę dziś powiedzieć jak przed wiekami Cezar "kości zostały rzucone" i jak się czuję. Hm, jestem jeszcze raczkującym w tej materii, urządziłem sobie tak łazienkę, by wszystko mieć na miejscu, jak to mówią na podręczu, ale to jeszcze nie gwarantuje sukcesu.

Samą irygację po raz pierwszy musiałem zrobić sam, każda kolejna irygacja idzie mi lepiej. Pierwszy etap to były 24 godziny, ten etap osiągnąłem stosunkowo szybko, a wynik - moja stomia jest czyściutka, nienękana, niezafajdana, czuję się tak, jakbym prawie nie miał stomii. Spróbowałem odstęp 36 godzinny i pusto było w worku. No to dalej po trzech takich irygacjach ruszyłem na 42 godziny. Ale nagle irygacja nie idzie, woda nie chce wpłynąć, wylewa się. Znów problem - zastanawianie się nad swoim stolcem. Co jest, że jest on taki nieprzepuszczalny? Po troszeczku, wkładanie i wyjmowanie, bo woda nie idzie tam gdzie ma. Półtorej godziny mordęgi a efekt mizerny. Wracam na system 12 godzinny. By pomału wyczyścić jelita. Siadam do Internetu i studiuję, jaka powinna być dieta stomika, jakie były przyczyny mojego niepowodzenia, a przedtem choroby operacji i oczywiście wyłonienia stomii, no i wyczytałem, oczywiście błędny system żywieniowy i tak jak na moje problemy, to za mało, stanowczo za mało błonnika. Ja stosowałem i to nieregularnie otręby w ilości jedna łyżka stołowa, a tu norma cztery łyżki otrąb pszennych lub inne zamienniki w odpowiednich proporcjach i to codziennie. Chodzi tu o to, by opróżnianie było łatwe bez skłonności do zaparć, a ja tak bardzo lubiłem tłusto zjeść, golonkę, boczki itp. Zaczęło się więc teraz bieganie po sklepach za otrębami, w końcu dostałem otręby i to nie pszenne, żytnie, ale też i otrębuski, to jest chrupki na pszennych otrębach. Zacząłem ścierać sobie maszynką owoce i warzywa, ale na efekt trzeba było trochę poczekać. Co prawda stolec jest luźniejszy, ale jeszcze trudno rozpuszczalny, jakiś taki tłusty. Chyba taka to moja dola, że bezproblemowo nie mogę niczego mieć. Zawsze gdzieś strzelę gafę, niedoczytany, niedoinformowany, za szybko podejmuję decyzję, przedwcześnie, strzelam zanim jeszcze naładuję.

Taka to już moja natura, typowe dziecko wiosny i końca marca, szybki i nieopatrzny "baran", wiecznie w biegu i pogoni. Dzisiaj wydaje mi się, że rozgryzłem irygację, a tym samym i moje problemy. Doszedłem do wniosku, że trzeba umieć czytać między szpaltami, a wszystko zaczęło się od telefonu do pani Prezes, by złożyć jej życzenia świąteczne i zarazem wykorzystałem to, by spytać się jej, która od wielu lat stosuje irygację, gdzie popełniam błąd i wyłuszczam jej swoje kłopoty, a na to otrzymuję odpowiedz, że na początku to tak jest, że trzeba nawet czasami i później przerywać wlew, poczekać aż się rozejdzie po jelicie. No i teraz byłem już w domu, przecież pisał autor, że jak nie chce lecieć, to poobracać sączkiem, że należy wziąć głęboki oddech, a jak to nie pomaga, to co? Tego już nie było, oczywiście chwilę poczekać i rozluźnić się, bo na początku jesteśmy zbyt spięci, a jak to nie pomoże, sprawdzić należy czy sączek nie jest zapchany, pomasować brzuch, trochę pochodzić, a więc każdy według własnych pomysłów, byle nie przemęczać i urażać stomii. Tu własne ciało trzeba samemu znać i jego potrzeby. Grunt to nie łamać się i nie przejmować, ale natura niestety lubi się zaraz buntować, że to nie wychodzi tak książkowo-podręcznikowo. Gdyby nie ten telefon, może by jeszcze trochę potrwało zanim bym doszedł do tego wniosku.

Następnie po osiągnięciu 48 godzin postanowiłem spokojnie przymierzyć się do ustalenia najdogodniejszego harmonogramu irygacji. Będę czekał na to, ile wytrzymuje mój organizm bez stolca i to nie od przypadku do przypadku, ale stale regularnie. Po to stosuję na razie woreczki otwarte, by jakby co, można było z treści opróżnić, zanim będę mógł dokonać następnej irygacji. Zastosowałem metodę niemiecką, krok po kroku, a moja stomia wyznacza etapy irygacji, jak nie ma nic, to czekam, aż się ruszy. I tak codziennie i w ten sposób czasokresy się wydłużają. Czekałem na osiągnięcie 48 godzin, by móc założyć stomacap, wyściełane w środku, by moja stomia miała się wygodnie, jednym słowem znakomicie. Teraz nadszedł czas na zmierzenie się z 72 godzinami. Tutaj zrobiłem skok od razu, gdy osiągnąłem pułap 62 godzin, a że w nocy niewiele idzie stolca, a sama irygacja już zeszła poniżej godziny, uznałem, że nadszedł czas przesunięcia irygacji na wcześniejszą i dogodniejszą godzinę, a więc z 9.30 na 6.30. Sądziłem, że uda się przechytrzyć naturę i pomóc sobie w osiągnięciu 72 godzin. Ale niestety spotkał mnie zawód.

W niczym to mnie nie zbliżyło do mety 72 godzin, a przypomniało naturze godziny, które po drodze były do osiągnięcia etapowego celu i w godzinach około 36 i 48 pokazuje się śladowo odrobina stolca, a około godziny 60 trochę więcej, ale około godziny 70 to zaczyna się już proces wydalania. Sądzę, że jeszcze trochę, a moje kłopoty skończą się definitywnie.

Co mi się marzy?

Gdy obudzono mnie po operacji wyłonienia stomii, pierwsze, co spamiętałem, to była informacja, że nie udało się uniknąć wyłonienia stomii. Natychmiast odechciało mi się żyć. Postanowiłem nie budzić się i zasnąć na wieki. Pomyślałem sobie, po co mi żyć, z renty nie będzie mnie stać na woreczki, a być ciężarem dla dzieci nie uśmiechało mi się bynajmniej. Jedyne wyjście zasnąć i mimo nawoływania nie budzić się. Pielęgniarka stomijna powiedziała niech się pan nie martwi, na sprzęt jest przydział, a firm produkujących sprzęt stomijny jest w Pile kilka. Ze stomią można równie dobrze żyć. Skąd one o tym wiedziały? Przed operacją nudziło mi się i wałęsałem się po korytarzu, przyglądałem się ilustracjom sprzętu stomijnego wywieszonym na ścianach korytarza. W rozmowie z nimi stwierdzałem, że jeżeli mi wyłonią stomię, to nie będę się budził, bo nie ma wówczas sensu żyć. Toteż po operacji przekonywały mnie, że mimo wszystko warto żyć. Ja im na to, że jeżeli zdecydowałem się obudzić, to i na pewno będę żył i o godne życie walczył. No i oczywiście zaczęła się moja walka o godne życie i to w pełni niezależne.

Po chwilowych sukcesach z workami przyszły dni klęski. Worków zaczęło mi brakować, bielizna, co chwilę zafajdana, a tak mi się marzył powrót do normalności. A tu na każdym kroku przepraszaj za aromaty, za to, że muszę wyjść na gwałt do ubikacji. Za każdym razem trzeba było ze sobą targać cały majdan sprzętu. Tak planować swoje trasy, by było gdzie w razie czego dokonać zmiany worka. Wreszcie dojrzałem do podjęcia decyzji, od przyszłego miesiąca iryguję się.

Nastał okres irygacji, wielkie oczekiwania, a codzienność, okazała się szara, kłopoty z wprowadzeniem wody do stomii. Nie było komu mnie nauczyć, kilka słów instrukcji, dalej bracie ruszaj sam na głębokie wody, więc też niebawem przyszły pierwsze rozczarowania. Woda lała się wszędzie, tylko nie do stomii. Czas irygacji się wydłużał, wody trzeba było o wiele więcej używać, bo ona i tak lała się wszędzie, tylko nie tam gdzie miała, całe podbrzusze mokre. Stwierdziłem, że płytka do irygacji na moją wklęsłą stomię jest trochę za mała i dlatego na domiar złego zsuwała się i robiła szparę, którą uciekała woda. Bezproblemowo nie mogę żyć, zawsze coś mi wypadnie i tym razem kombinowałem z płytką typu convex, wynik przeszedł najśmielsze oczekiwania, ba, ale jeden szkopuł, mnie się marzyło nie być skrępowanym na co dzień sztywną płytką, tym bardziej, że płytka ta nie wytrzymywała już drugiej irygacji i w połowie kompletnie się odklejała. Znów trzeba było iść po rozum do głowy i kombinować, jak to uszczelnić i jak taką płytkę zamienić na płytkę wielokrotnego użytku. Stosowałem różnego rodzaju podkładki z większym lub mniejszym powodzeniem, ale nigdy satysfakcjonującym.

Tak mnie, jak i wielu paniom, marzyło mi się, żeby woreczków nie było widać na plaży w czasie kąpieli i pod cienka letnią odzieżą. Okazało się, że nie dla mnie są minicapy. U tych tańszych przylepiec się rozpuszczał i trzymał się skóry jak wariat i ani rusz go odkleić. Siedzenie w wannie godzinami to nie rozwiązanie. Droższy minicap, milszy w noszeniu, nie taki sztywny, ba, ale nie na moją wklęsłą stomię, chwytał tylko brzegami, gdy poszły gazy to zanim filtrem zdołały odejść, to już minicap puścił. Cieszyłem się na zatyczki Conseal, tu też problem primo za małe, a sekundo nie wiem, jak to moja stomia robi, ale po kilku godzinach wypluwa go i uwiera mnie w lewą stronę stomii, co prawda, każda następna zatyczka trzyma dłużej. Tylko jest jeden szkopuł z przejściem na zatyczki - są one za drogie, najwyżej można sobie pozwolić od święta, a dobrze by było móc je nosić na co dzień. Pozostały mi woreczki midi. Całe szczęście trzymają się dobrze. Tylko brak im wyściółki, jaką mają minicapy. Tutaj muszę sam sobie radzić i znów podpowiedziała mi córka, abym wziął waciki kosmetyczne. Nadają się do tego, są to piękne, delikatne, okrągłe talarki, w sam raz przy pełnym wycięciu przylepca i dają ten sam komfort wygody dla mojej stomii. Jak powiadają nie ma nic za darmo i mój komfort i wygoda okupione są moim uporem i pomysłowością. Stomia uparta swoje, a ja nie mniej uparty również swoje i tak moje musi być na wierzchu.

A co mi jeszcze się marzy? Świadomym jestem, że nas irygujących w stosunku do wszystkich stomików jest garstka, a takich jak ja z wklęsłą stomią to wśród irygujących garstka. Ale marzy mi się dzień, w którym znajdę minicapy takie dla mnie miłe, dyskretne i dopasowane do mojej wklęsłości, a nawet, że będą takie zatyczki uwzględniające wklęsłość mojej stomii i dostępne na mój przydział, chyba, że uda mi się z biegiem czasu przejść na 96 cykl, bo wówczas potrzebnych byłoby mi 7 rękawów irygacyjnych, 7 woreczków czy zatyczek. Nie wiem, czy moje marzenia pozostaną tylko marzeniami, czy też pewnego pięknego dnia staną się rzeczywistością. Czy moje marzenia się spełnią, czy też nie, to i tak jestem szczęśliwym, że uwolniłem się od skręcających się worków, od odklejających się i wydzielających zapaszki. Jestem szczęśliwym, bo przez 72 godziny nie muszę myśleć o mojej stomii, jakbym jej w ogóle nie miał.

Gdy czytałem o irygacji, tyle tam było wzmianek o tym, że odtąd będę miał nadwyżki sprzętowe, że limit jest za duży, że będzie niewykorzystany. Hm..., a ja wiecznie kombinuję, jak to maksymalnie wykorzystać, by na wszystko starczało. Oczywiście rękaw na każdą sesję irygacyjną. Woreczki zamknięte i... gdyby na tym skończyć, to owszem mam nadwyżkę, ale co jakiś czas trzeba zmienić sprzęt irygacyjny, niektóre części częściej, inne mniej. Ponieważ minicapy i zatyczki odpadają. Zatyczki za drogie na mój limit. Za każdym razem muszę brać kilka płytek convex, by dalej kombinować po pierwszym użyciu, przerobić je na wielokrotnego użytku, na razie nie mam zadawalającego rozwiązania. Nigdy nie mam niewykorzystanej puli limitu. Zawsze już na miesiąc naprzód kombinuję, na co mi starczy tym razem, co jest konieczne już, co może poczekać, co należałoby ze sprzętu wymienić.

Kwiryn

25 września 2005 r.

Czytaj także: Irygacje oraz Co nieco o irygacji.

Spis artykułów

Do góry
Strona ma charakter wyłącznie informacyjny i korzystanie z niej nie może zastąpić porady lekarskiej.
Autorka i webmaster:
Strona umieszczona nieodpłatnie na serwerze Netax