Stomia i j-pouch - Historia Piotra
Informacje na temat stomii oraz j-pouchaObrazek tytułowy

Historia Piotra

Historie

Część pierwsza (październik 2004)

Najlepiej będzie, jeśli zacznę od początku, czyli pierwszych kompletnie ignorowanych przeze mnie objawów - były tylko troszeczkę niewygodne, ale nic poza tym. W końcu zaczęły się biegunki, zacząłem się nimi przejmować dopiero, kiedy po 3 tygodniach nie ustępowały, byłem pewien, że to zatrucie, tylko trochę poważniejsze. Poszedłem w wigilię do lekarza, w naszym małym miasteczku lekarz wymacał brzuch, zapytał, jak długo to już trwa, wezwał inną panią doktor na pomoc, i w końcu uradzili, że to zatrucie. Dostałem smectę, coś na uzupełnieni elektrolitów i zalecenie, by na święta powstrzymać się od obżarstwa.

Wkrótce powitałem nowy, 2002 rok nadal z biegunkami. Pojechałem do Krakowa na uczelnię i poszedłem do lekarza uczelnianego. Okazało się, iż nie mogę zostać przyjęty przez chirurga, bo nie mam uregulowanych formalności z ZUS-em. Nagle dwa czy trzy dni później wszystko się skończyło, kiedy uregulowałem już wszystkie formalności urzędowe, nie miałem z czym iść do lekarza. To pewnie było niemądre, gdybym wiedział, co mnie czeka... ale nie uprzedzajmy faktów, jak to powiedziałby pan Bogusław Wołoszański.

Życie toczyło się dalej, nerwowo i pracowicie, nadszedł kwiecień i biegunki wróciły, 29 w poniedziałek, niedługo przed upajającym wszystkich, także lekarzy, długim weekendem. Poszedłem na pogotowie, okazało się, że jest to tylko podstacja, pani powiedziała mi, dokąd kierować swe kroki, niezbyt pamiętam, jak doszedłem na pogotowie, ale okazało się, że skoro jestem studentem, to nie mogą wypisać skierowania do szpitala, muszę pójść do jeszcze innego pogotowia, więc poszedłem. Tam pani wypisała skierowanie, a ja udałem się w drogę powrotną do domku po potrzebny w szpitalu ekwipunek.

W pewnym dużym szpitalu nie było dla mnie miejsca, pani popytała o krew, śluz w kale, potem spytała, czy miałem ostatnio jakieś stresy? Tak, przez ostatnie trzy lata mam ciągle stresy. Zawieźli mnie (jakiego luksusu doznałem!) do innego szpitala w Krakowie, na oddział zakaźny. Na powitanie obrzygałem dyżurkę, położyli mnie, nawodnili, przyszedł lekarz i zaczął wypytywać. Szybko doszedł do wniosku, że to pewnie jest colitis, ale najpierw to muszą się upewnić, czy to nie zatrucie.

Zaczęło się oczekiwanie, w piątek miały być już wyniki. Czekałem cierpliwie, gdy nadszedł piątek, wyników wciąż nie było, spytałem lekarza, wykazującego niesamowite podniecenie i zniecierpliwienie, co z moimi wynikami? On na to, że muszę poczekać, bo to nie od razu, i do tego trzeba czterech dni, odpowiedziałem, że miały być przecież w piątek. Pan Doktor odwrócił się i poszedł... na urlop.

Od tej pory zaczęli podawać mi lekarstwa, po pięć pigułek trzy razy dziennie z komentarzem, że to bardzo drogie lekarstwa i bardzo dobre (to był jucolon), ponieważ wszystkim już wtedy wymiotowałem, nie robiłem wyjątku dla lekarstw, choćby najlepszych. Kiedy powiedziałem o tym lekarzom, oni stwierdzili, że dobrze, jeśli przytrzymam te tabletki w żołądku choć pół godziny, bo trochę lekarstwa się przecież rozpuści (hehehe, teraz wiem, że to były tabletki dojelitowe, na pewno dobrze się rozpuszczały w żołądku). Każdego dnia przychodził inny lekarz z innymi, świeżymi pomysłami.

Przyszedł czas rektoskopii, która nic nie wykazała. Ustalono termin kolonoskopii i gastroskopii. Położono mnie w osobnym pokoju, wprowadził się do niego chłopak, który miał mieć kontrolną kolonoskopię, poczekał trzy dni i po badaniu. Ja czekałem nadal. Przyszedł wreszcie poniedziałek, dwa tygodnie pobytu na oddziale, myślałem, że gorzej to już czuć się nie można. Wrócił wspaniały doktor z urlopu, natychmiast zarządził konsultację u chirurga, pocieszając mnie, że mam załatwione miejsce w klinice endoenterologii. Przez cały dzień przychodzili chirurdzy kontrolując sytuację. Wieczorem pozostałem już na oddziale chirurgii, a pół godziny potem leżałem już na chirurgicznym stole. W środę miałem mieć kolonoskopię. To było zapalenie otrzewnej.

Po zabiegu pobudka na intensywnej, potem długi i męczący pobyt na tym oddziale. Nie mogę wyjść z podziwu, jakie są tam cierpliwe pielęgniarki i pielęgniarz, wszyscy wspaniali. Chylę przed nimi czoło, jednocześnie stwierdzam "nie ma miejsca dla pacjenta przytomnego na intensywnej terapii", to był koszmar.

Po dziesięciu dniach przeprowadzka na oddział chirurgiczny, po 10 dniach dowiedziałem się, że mam stomię. Pozostawiono mi tylko 18 cm kikut jelita grubego. Po operacji miałem przyklejone do brzucha dwa woreczki, pod jednym wyczułem jakąś rurkę, to był dren, pod drugą nic, a na pytania odpowiadano mi pokrętnie, ale byłem pewien, że to także jest jakiś dren, po kilku dniach przyszła jakaś pani, położyła na łóżku książeczkę o stomii dodała do tego saszetkę sprzętu, powiedziała, żebym się z tym zapoznał i poszła sobie. Czytałem i nic do mnie nie docierało. Po co to? Przecież ja niczego takiego nie mam. Moja pewność, że to nie dla mnie wzrosła, gdy okazało się, że na kolostomię to jest za małe, a ileostomia, choć rozmiarami pasuje, to przecież powinna być po stronie prawej, a nie lewej, jak u mnie. I tak trwało to 10 dni. Do tej pory bawi mnie jednak to przyniesienie książki i woreczków.

Potem skierowano mnie do Kliniki Endoenterologii w celu leczenia kikuta. Doktor T. zlecił badania krwi, zapisał leki i nakazał kontrolę za trzy tygodnie. Pojawiłem się w wyznaczonym terminie, doktor ZAPYTAŁ, czy już w porządku? Nie ma pokrwawień? No to wspaniale, może pan już być operowany.

Kazano udać mi się do "wspaniałej" kliniki na ulicy Kopernika w Krakowie. Niemal półtorej roku próbowali leczyć kikut ze stanu zapalnego, łącznie ze stosowaniem wlewek z krochmalu i lekarstw. Aż w końcu przyszedł czas na poważną decyzję, stomia na stałe, już nic nie da się zrobić.

Wtedy to zorientowany byłem, czym jest pouch, zapytałem doktora, czy nie byłoby to wyjście z sytuacji? Nie! No, bo ze zbiornikiem to 30 wypróżnień dziennie i tylko kilkanaście sekund na dotarcie do toalety, stomia jest dużo lepszym wyjściem. Potem były czary i nagle stanąłem przed obliczem profesora (naprawdę chcę za to nosić Grażynkę na rękach, ale Ona mi nie pozwala, tylko przez cały czas mówi coś o przepuklinie). Profesor spokojnym tonem powiedział, na czym polega zrobienie poucha, jak to działa i że oni to zrobią i zrobią to dobrze. Nie było mowy o stomii.

Jeszcze tylko badania wykluczające Leśniowskiego i uszyto mi zgrabny zbiornik ileonalny z jelita cienkiego i przytwierdzono do odbytu. Kiedy zapytałem o te 30 wypróżnień, spytał, kto mi takich bzdur naopowiadał, lekarz pierwszego kontaktu? Teraz czekam na ostatni zabieg, w listopadzie, i zamknięcie stomii odbarczającej.

Nasza służba zdrowia kuleje, to fakt, ale problem pojawia się chyba z niedoinformowania. Lekarze pierwszego kontaktu nie wiedzą, czy w ogóle można coś z tym zrobić, a chirurdzy lokalni niezupełnie orientują się w tematyce rekonstrukcji, a już zwłaszcza zbiornika ileonalnego. Do tej pory wydawało mi się, że takie zbiorniki robią wyłącznie w Wrocławiu i Poznaniu, a tu jednak jest więcej takich ośrodków.

Piotr

21.10.2004 r.

Część druga (luty 2005)

Połowa listopada, pierwsze podejście do zamknięcia stomii i porażka. Pojawiła się krew i trzeba było opychać się metronidazolem i pentazą. Trwało to do końca roku.

W pierwszym tygodniu nowego roku poszedłem do profesora, kolejne podejście na 10 stycznia. Optymistycznie zacząłem lekceważyć worek. Regularnie zapominałem zapinać zatrzask. Skończyło się to poważnym wypadkiem o drugiej w nocy. Nadszedł wreszcie dzień badań, rektoskopia i rentgen poucha wyszły korzystnie. Ustalono termin, niestety przesunięty o jeden dzień.

Wreszcie czwartek, po południu napój bogów podany w okazałym dzbanie, i czyszczenie kiszek, koszmar, obym tego nigdy nie musiał brać do ust.

Piątek i ostatnia poranna zmiana worka. Założyłem jednoczęściowego dansaca i czekam spokojnie (?) do 12. Nieco wcześniej przyszła po mnie pielęgniarka i hajda na stół, potem spanko i długo oczekiwana pobudka bez worka.

Wieczorem basen i inauguracja, pierwsza pełnowymiarowa kupka. Potem już tylko oczekiwanie na jedzonko i reakcję kiszek i poucha.

Poniedziałek rano, wizyta profesora, pełna napięcia i obaw. Bałem się że profesor obmaca brzuch, pokręci głową i powie że coś jest nie tak i... Na szczęcie wszystko w porządku, wtorek, sucharki i dzika radość, skąpe, ale regularne wypróżnienia, ależ mi tego brakowało.

Przyszedł czwartek i po południu do domku, niecały tydzień od operacji i mogłem wreszcie wyjść zostawiając za sobą worek. Na początku ostrożne próbowanie potraw, które szybko się znudziło. Byłem już na pizzy, pysznych lodach z orzeszkami pistacjowymi, jadłem schabowego, kluski śląskie z pieczarkowym sosem, czekoladę, pomarańcze i... wszystko wymieniać?

Na koniec najważniejsze. Dziękuję Tobie Grażynko.

5.02.2005

Kontakt: mamcie@poczta.onet.pl

Do góry
Strona ma charakter wyłącznie informacyjny i korzystanie z niej nie może zastąpić porady lekarskiej.
Autorka i webmaster: