Stomia i j-pouch - Historia choroby Romana
Informacje na temat stomii oraz j-pouchaObrazek tytułowy

Historia Romana

Historie

Od CU do stomii, od stomii do poucha

Lekki początek, choć zaskoczenie

U mnie zaczęło się w 23 roku życia. Gazy, biegunka, która nie przechodziła, aż w końcu zauważyłem krew. To mnie naprawdę przeraziło! Tuż przed Świętami Wielkanocnymi, szybko do lekarza, nie było mojej uniwersyteckiej "felczerki", zarejestrowałem się do innej. Na moje szczęście. Ta "nie moja" od razu zaczęła podejrzewać colitis ulcerosa, bo felczerka wyznawała zasadę "niespuchnięte - zdrowe, spuchnięte chore". Tak, podejrzenie padło na coś o większym kalibrze niż zatrucie pokarmowe czy czerwonka, jak wielu lekarzy czasami błędnie diagnozuje CU. Szybko do chirurga na rektoskopię. Chirurg w przychodni chyba w życiu nie robił tego badania, bo widziałem jak się motał, a potem powiedział, że żarówka się w rektoskopie spaliła i nic nie widać (ciemno jak w d...), a nie ma nowej i muszę sobie sam zaglądnąć chyba do środka. Z powrotem do ośrodka, skierowanie na klinikę. Święta, nikt mnie nie przyjmie, poprosiłem tylko o receptę.

Po świętach badania: RTG z kontrastem, rektoskopia, wycinek na histopatologię, sulfasalazyna działała, pomału zaczęło przechodzić. Czyli w sumie łagodnie, jasna, szybka diagnoza - CU, ambulatoryjnie po 2 tygodniach zaczęła się poprawa i wszystko wróciło do normy. Kiedy przyszedłem na kontrolną wizytę do przychodni przy klinice i zapytałem jak długo mam brać te żółte tabletki, zobaczyłem tylko krzywą minę lekarza i pielęgniarki i odpowiedź "Jak to? Całe życie". Pomyślałem, że to jakiś żart, bo nikt do tej pory mi nic o tej chorobie nie powiedział. Żaden lekarz się nie pokwapił. A w tamtych czasach dostęp do internetu nie był powszechny. Przez następne 11 lat miałem tylko 2 lekkie zaostrzenia. Pomarańczowa sulfasalazyna za każdym razem pomagała. W remisji nie brałem leków i nie stosowałem diety. Nawet pomyślałem, że się wyleczyłem, choć już wiedziałem, że choroba jest nieuleczalna.

Wzrok "ponurego kosiarza" - colitis ulcerosa activa

Aż przyszedł silny atak choroby, wróciła, ale z kosą. Muszę zaznaczyć, że zauważyłem, że nawroty choroby zawsze następowały po okresach długotrwałego silnego stresu. Więc tym razem szybko do lekarza, leki - sulfasalazyna i inne przeciwbiegunkowe. Nie pomagały, ale jakoś dało się żyć, myślałem, że jak poprzednim razem przejdzie. Ale wciąż nie przechodziło, zaczynałem się naprawdę czuć słabo i źle. Wciąż jednak chodziłem do pracy. Aż lekarz wypisał skierowanie do szpitala na klinikę. Przeraziło mnie to.

Zwlekałem z pójściem do tego szpitala, bo się bałem, że mnie od razu pokroją, albo powiedzą, że to rak. Ale w końcu nie dałem rady. Byłem już tak wycieńczony, że musiałem pójść do tego szpitala. Przedtem jednak poszedłem do bioenergoterapeuty i lekarza medycyny tybetańskiej. Jednak za późno jak się wydaje. Niewiele to pomogło. Po jakimś czasie jeszcze dostałem ataku kolki nerkowej. Po wizytach na ostrym dyżurze na urologii okazało się, że to kamica nerkowa (choroba współtowarzysząca). Jeszcze tego mi trzeba było na dodatek. Po lekach przeciwbólowych, rozkurczowych i "Wodzie Jana" przeszło. Jednak atak kolki nerkowej jest czymś potwornym, porównywalnym do bólów porodowych (jak niektórzy twierdzą), ma się wrażenie, że będzie się chodzić po ścianach. W końcu wyznaczona wizyta na klinice. Na drugi dzień już byłem na oddziale gastroenterologicznym. W szpitalu tylko mi się pogarszało, z 65 kg poleciałem na 42 kg bardzo szybko. Musiałem z 15 razy na dobę latać do łazienki. Stolce były jakieś małe i nawet początkowo bez krwi. Wyniki analizy krwi miałem oki. Przez to jak się potem okazało, mój lekarz mi nie wierzył, że taką mam biegunkę i trochę chyba bagatelizował mój stan. A ja naprawdę nie wymyślałem. Czułem się z dnia na dzień coraz gorzej. Przeszedłem 3 kolonoskopie "na żywca".

Do dziś nie pojmuję, dlaczego w szpitalu klinicznym nie szanują pacjenta i jego bólu i nie robią tego w znieczuleniu ogólnym. Przy okazji lekarz każąc czekać przed gabinetem 2 godziny tylko wzmaga stres i chorobę. Po 2 tygodniach leczenia "podtrzymującego" odstawiono mi jedzenie. Jadłem tylko przez CV (wejście centralne), czyli rurką plastikową sięgającą prawie serca. Biegunki do 15 na dobę, temperatura co 2 tygodnie dochodziła do 40 stopni. Lekarze stwierdzili zakażenie gronkowcem białym. Myślę, że tym gronkowcem poczęstowali mnie właśnie w czasie jakiegoś zabiegu. Prawdopodobnie wkłucia centralnego, które robi anestezjolog. Pentasa, sterydy i inne nie pomagały. Miałem kilkanaście różnych kroplówek na dobę i non stop to żywienie pozajelitowe. Biegunka już była non stop z krwią. Aż pewnego dnia z jednym stolcem coś ze mnie wypadło, gdy to zobaczyłem pomyślałem, że wygląda to jak śledziona (nigdy śledziony w życiu nie widziałem), w każdym razie wyglądało to jak jakiś organ. Wtedy zacząłem czekać tylko na to, kiedy zemdleję i się przewrócę. Ale nic takiego się nie stało. Udało mi się to zatrzymać tak, żeby zobaczyli to lekarz i pielęgniarki. Stwierdzili, że to skrzep. Nigdy takiego wielkiego skrzepu nie widziałem, wielkości wątroby. Całe Święta Bożego Narodzenia spędziłem na oddziale, nie miałem siły nawet pójść na wigilię. To był koszmar.

Pocałunek zimnej kosy "ponurego kosiarza" - colitis ulcerosa fulminans, sanguinatio massiva

Od tego momentu zaczęły się konsultacje chirurgiczne, ale też przetaczanie krwi. Gasnąłem w oczach. O następnych kolono na żywca nie wspominam i innych atrakcjach, gdzie lekarz miał okazję dać ujście swoim sadystycznym popędom. Konsultacje chirurgiczne polegały na straszeniu: mówili tylko o stomii, kalectwie, niepełnosprawności, tak jakbym ja sam pchał się pod nóż, a oni mi odradzali. Pierwsza z nich odbyła się we wspaniały dzień, bo w Sylwestra. Nie było w przychodni wtedy dużo ludzi. Wychodziłem stamtąd dwa razy bardziej chory niż wchodziłem. Tak mnie wystraszyli, że zaczęło mi się polepszać. Jednak pielęgniarki dobrze doradzały "jak tylko chcą (chirurdzy), to dać się zoperować". Nie rozumiałem wtedy dlaczego, przecież kozik to ostateczne wyjście, strasznie nie chciałem tej operacji. Opowiadały tylko o przypadkach podobnych, w których chłopak "się przekręcił", bo dostał krwotoku albo sepsy.

Następowała lekka poprawa. Parę stolców na dobę, czułem się lepiej. Nawet zaczynałem jeść kaszki i kleiki. Aż pewnego dnia, zazwyczaj wszystko co najgorsze działo się w weekend lub w nocy, dostałem 40 st. gorączki. Trząsłem się jak w febrze. Przyszedł anestezjolog, żeby mi 3 raz przekłuć wejście centralne do żyły głównej, ale okazało się, że nie może trafić, że nie mam żyły z krwią, skłuł mnie jak wieprza podrzynanego, po obojczyku, po szyi, myślałem, że wykituję.

No i zaczęło się w nocy. Po prostu zaczął się masywny krwotok. Nie polecam nikomu. Tego nie da się pohamować - zatamować. To nie jest krwawienie jak z rozciętego nożem palca. Wtedy ze mnie się lało "jak z cebra". Już nie pomagała pielucha. Leżałem w basenie, który od czasu do czasu wypełniał się ciepłą, bulgocącą krwią (przepraszam za naturalistyczny opis). Tonąłem we krwi i to uczucie chyba było najgorsze. Gorsze od poczucia, że chyba oto umieram. Dotarłem do sytuacji granicznej, kiedy jedna noga już jest prawie po drugiej stronie. Widziałem to na twarzy pielęgniarek, lekarzy, sanitariuszy, rodziny. Przerażenie. Tak, na CU można się przekręcić, jeśli dojdzie do takiej sytuacji.

Wciąż jednak byłem przytomny. W międzyczasie odbywały się negocjacje, gdzie mnie przyjąć na chirurgię. Była noc z piątku na sobotę. Na sali leżał 85-letni dziadek. Podchodzi do mnie i mówi. "Musisz walczyć!! Musisz sobie mówić "Będę żył! Będę żył! Bo mam dla kogo!" Powiem szczerze, że nie rozumiałem wtedy tego, co do mnie mówi. Wkurzały mnie takie gadki. Nic nie dawały. Miałem je zrozumieć dopiero potem. Zapakowali mnie do "erki". Czekali na decyzję gdzie mnie wieźć, a ja patrzyłem w sufit i na ich oczy zaniepokojone, czy już straciłem przytomność czy nie. Gadali jakieś głupoty do mnie i o coś pytali, ale chyba tylko po to, żeby sprawdzić, czy żyję. Był styczeń, noc przed północą, a ja się martwiłem, że im poplamię karetkę krwią. Było mi zimno, bo na polu był mróz, a ja byłem goły, czymś tam przykryty. Przyszła decyzja. Wypakować chorego na oiom tutejszego oddziału. Zawsze myślałem, że robi się to delikatnie, żeby chory się nie rozleciał jak się go przepakowuje z łóżka karetki na łóżko na oiomie. Ale wcale tak nie było. Myślę, że jednak nie da się inaczej. Na oiomie chyba z 5 osób, w tym 3 lekarzy, koło mnie latało. Pomyślałem, że musi być ze mną naprawdę źle. Jakiś automat mierzył ciśnienie co pół minuty. Z boku jakiś lekarz przymierzał się do mojej szyi. Wiedziałem co będzie robił. Wkłuwał się centralnie. Udało mu się od 1-szego "strzału". Miałem chyba wtedy 2 wenflony, wkłucie do żyły głównej i jakiś duży wenflon do żyły w szyi. No ładnie, myślę. Coś tam jeszcze porobili, cały czas toczyli mi krew, która wypływała mi masywną ilością z dołu. W pewnym momencie usłyszałem, że pojadę na ostry dyżur do szpitala słynącego ze "świetnej opieki" (mówię to z ironią i nie podaję nazwy). Pomyślałem wtedy całkiem serio, "tzn., że ze mną koniec. Tam tego nie przeżyję, nawet nie wiem, czy mi się uda dotrwać, aż dojadą na tamten koniec miasta".

W efekcie jakichś targów trafiłem do kliniki chirurgicznej, a wcześniej na ich oiom. Znowu do karetki, tym razem innej. W tej już wisiał - zamiast saszetek z krwią - pluszowy szczurek. A może to były zwidy. Nie wiem, czemu nie straciłem przytomności ani nie umarłem. Były wszelkie okoliczności. Widać coś tu mam jeszcze do załatwienia. Zobaczyłem krzątające się postacie na oiomie, w tym jedną drobną kobietę w "kangurku". Wyglądała jak anioł. Uspokajała słowami, to były chyba pierwsze słowa pełne ludzkiego zrozumienia od 2 miesięcy przebywania z lekarzami, których wartości etyczne niewiele się różniły od tych panujących w rzeźni, gdzie świnię na żywca wrzuca się do oparzalnika. Ten kangurek to była pani doktor anestezjolog. Noc spędziłem na oiomie pośród aparatów, rurek i ludzkiego cierpienia. Podziwiam ludzi, którzy muszą tam pracować. Już chciałem tej operacji, wiedziałem, że albo operacja albo...finito. Na obchodzie kiedy chciałem wyjaśnić lekarzowi, że mam masywny krwotok, a nie zwykłe zaostrzenie CU, dostałem w odpowiedzi "radę" od szanownego profesora, żebym się nie odzywał. Jakbym był już kupą kości, a nie człowiekiem, który jeszcze żyje, myśli i czuje. Coś obrzydliwego! Nie mogłem pojąć jak tak można, co lub kto daje lekarzowi prawo do stawiania się w takiej pozycji w stosunku do drugiego człowieka. Ale nic nie mogłem na to poradzić. Bezradność, bezsilność i bezosobowość jest jedną z najgorszych rzeczy po przekroczeniu progu szpitala. Po paru godzinach, po lekkiej stabilizacji padło hasło: "jedzie pan na blok". Wiedziałem, co to znaczy.

Kozik albo finka

Wiedziałem też, że ten sam "anioł" z anestezjologii mnie będzie usypiał i znieczulał. Ucieszyłem się, że to ona. Po operacji obudziłem się (a raczej mnie obudzono) w dobrym humorze i świetnym nastroju, bez bólu, ale ze stomią po prawej stronie i z tzw. kikutem, czyli parunastocentymetrową odbytnicą, którą mi oszczędzono, a na czym mi zależało. Jelito grube cale poszło się paść. Na szczęście wiedziałem, że tak się stanie, nie była to niespodzianka. Jednak w jakiś sposób czułem się jak ktoś, kto będzie bał się spojrzeć do lusterka po oparzeniu twarzy. Ta doba na sali wybudzeniowej była naprawdę niesamowita, cały czas rozmawiałem na różne tematy z pielęgniarką. Pełną zrozumienia i troski. Pomyślałem - nie jest źle. Na drugi dzień zjechałem jednak już na zwykły oddział. I zaczęło się. Podobno 2-3 doba po operacji jest najgorsza, nie pierwsza jakby się zdawało. Dostałem w nocy strasznych torsji. Przyszedł w końcu spodziewany ból pooperacyjny, nie byłem w stanie rozmawiać z rodziną i przyjaciółmi, którzy przyszli mnie odwiedzić, zanim nie dostałem tzw. emefki. Było ciężko. Zaczęły się opatrunki rany operacyjnej i po raz pierwszy musiałem zobaczyć stomię. Ból był chyba gorszy niż widok, więc skupiłem się na bólu.

Szybko kazali mi wstawać z łóżka, nie wierzyłem, że mi się uda, nie byłem w stanie ruszyć palcem, jednak z pomocą rehabilitantki udało się. Nie wiem jakim cudem. W pierwszym tygodniu myślałem, że nadal umieram, byłem słaby jak kot, ledwo ruszałem ręką, nie byłem w stanie odebrać telefonu komórkowego, zaczęły się komplikacje w ranie pooperacyjnej. Dostałem temperatury i wtedy okazało się, że rana ropieje. Podobno to częste. Zaczęto rozpruwać mi brzuch i czyścić. Straszne męczarium, byłem tak obolały fizycznie i psychicznie, że nie miałem na nic siły, a musiałem zacząć uczyć się zmieniać worki stomijne i dbać o stomię, na szczęście trafiłem na świetną pielęgniarkę stomijną, dzięki niej widziałem, że sobie dam z tym radę. Że nauczę się z tym żyć. Bardziej przeszkadzał mi rozpruty brzuch. Kazano mi go "prysznicować". Dodatkowo doszło do rozejścia się szwów wewnętrznych założonych na mięśniach brzucha. Groziło to wszystko wypadnięciem flaków. Byłem chudy jak więźniowie po wyzwoleniu obozu koncentracyjnego i na dodatek ten otwarty brzuch, miałem wrażenie, że zaraz się rozleci i wszystko z niego wypadnie. To była prawdziwa katorga. I próba sił dla ludzkiego ducha. Myślałem, że się załamię.

Resurekcja

A potem pomyślałem, że jeśli się nie wezmę sam w sobie do kupy i nie pozbieram, to tu umrę. Nikt ci nie pomoże, jeśli sam nie chcesz żyć. To mnie otrzeźwiło. Była to walka z bezsilnością, bezradnością i całym dołem, w jaki człowiek wpada w ciężkiej chorobie. Widziałem pacjentów, którzy się poddawali i tych, którzy się nie poddawali i wychodzili z tego. To jest najważniejsze, żeby się nie poddać! I udało się! Bardzo powoli, ale jednak krok po kroku, uczyłem się chodzić. Po równym, po schodach, wstawać z łóżka, kłaść na łóżku. Jest rzeczą niesamowitą jak kruche jest życie i ludzki organizm. Wystarczy moment, a wszystko się sypie. A z drugiej strony niesamowite jest też to jak wielkie siły regeneracyjne są w człowieku. Wiele dawał mi kontakt z innymi pacjentami. Po 3 tygodniach od operacji, a 3 miesiącach spędzonych w szpitalach wracałem do domu. Jakbym wracał do innego świata. Szpital to kosmos. To inny świat, gdzie rządzą inne reguły i prawa. Teraz, po raz pierwszy od paru miesięcy oddychałem świeżym powietrzem i wzruszał mnie widok jadącego tramwaju po ulicy. Wiedziałem, że oto wchodzę w nowy etap życia i muszę się w nim znaleźć. Pamiętam, jak każdy krok był wykonywany z wysiłkiem i mimo bólu i słabości potrafiłem się śmiać, a śmiech też sprawiał ból ze względu na świeże rany i szwy. Wiedziałem jednak, że to wszystko minie. Czekało mnie nauczenie się życia ze stomią.

Życie ze stomią

No cóż, ze stomią trzeba było sobie jakoś radzić. Szybko już nawet w szpitalu przewertowałem internet i przeczytałem różne rzeczy nt. życia ze stomią i CU. Natrafiłem m.in. na tę właśnie stronę - stronę Eli. Postanowiłem się z nią skontaktować osobiście. Nie będę tu słodził, ale Ela odegrała znaczącą rolę w tym jak się znalazłem po tej operacji. A z drugiej strony była przykładem na to, że coś z tą stomią można zrobić, tj. odtworzyć ciągłość przewodu pokarmowego tak, aby jej się pozbyć. Skontaktowałem się też z paroma innymi internautami z podobnym problemem. I zacząłem po pewnym czasie zastanawiać się nad pozbyciem się "karola". "Karol" to był mój eufemizm na stomię, dawał mi się czasem we znaki. Na początku w ogóle nie wiedziałem jak ja mam go traktować, jak wypróżniać, jak zmieniać, jak się ubierać, jak myć, jak go przyklejać. Ale stopniowo wszystkiego się uczyłem i do wszystkiego przyzwyczajałem. Niestety miałem parę wypadków, kiedy woreczek się odkleił, nie wiedzieć dlaczego w najmniej odpowiednim momencie, np. na zakupach w hipermarkecie, w knajpie, w nocy na łóżku. Ale to były tylko epizody. Przetestowałem różne firmy, rodzaje, fasony, aż znalazłem odpowiedni. Ale wtedy już zbliżałem się do dnia kiedy miałem się pozbyć "tego gówna na brzuchu", jak mawiał mój kolega. Okres życia ze stomią uświadomił mi jak bardzo warunki życia w Polsce są nieprzyjazne ludziom, a w szczególności ludziom chorym, czy niepełnosprawnym. Chodzi w szczególności o publiczne toalety, o to, że nie ma tam haczyków na ubranie, że są za małe, a specjalne toalety dla niepełnosprawnych często zamknięte na klucz itd.

Pouchowanie

Po jakimś czasie zacząłem się rozglądać za tym, gdzie i w jaki sposób dokonać eksterminacji "karola". Paru lekarzy proponowało mi zwykłe zespolenie, nie udzielając szczegółowych informacji, a wręcz czasami dezinformując. Ja jednak poważnie zastanawiałem się nad uszyciem zbiornika jelitowego, tzw. j-poucha. Jedna z konsultacji przeważyła, lekarz stwierdził, że stan mojej odbytnicy nie nadaje się na zwykłe zespolenie, a poza tym metodą z wyboru w takiej sytuacji jest zrobienie j-poucha. Dzięki kontaktom internetowym znalazłem szpital i lekarza. W obliczu moich wcześniejszych doświadczeń znalazłem wyjątkowego lekarza i wyjątkowy szpital. Zdecydowałem się na operację na Oddziale Chirurgii Szpitala Miejskiego w Siemianowicach Śląskich, a swój brzuch oddałem w opiekę ordynatorowi tego oddziału dr. Jarosławowi Słocie. Czułem, że mogę mu zaufać, wszystko objaśnił i wytłumaczył. Traktował pacjenta jak człowieka. Wiedziałem, że jakby co, można na Niego liczyć. Cały personel profesjonalny, a przy tym ludzki. Teraz już jestem po tych wszystkich operacjach i jestem zadowolony ze swojego wyboru. Ale wcześniej musiałem przejść dwie operacje - jedną we wrześniu - uszycia poucha, a drugą w listopadzie zamknięcia odbarczającej ileostomii. Kiedy leżałem przed tą pierwszą operacją, na tej samej sali było 2 facetów już po operacji zamknięcia stomii. I dzięki temu wiedziałem co mnie czeka. Oni tuż po operacji prawie cały czas na zmianę siedzieli w toalecie. Jednak wiedziałem, że z biegiem czasu to się stabilizuje. Ja przygotowywałem się do większego zabiegu, tj. uszycia poucha. Bałem się tego, bałem się komplikacji, bólu itp.

Po operacji byłem strasznie słaby. To jest jednak poważna ingerencja w organizm. Poza tym na mnie narkoza niezbyt dobrze działa, zaczęły się mdłości, torsje, ból i te wszystkie sprawy pooperacyjne, cewnik, dren z pośladka, dren z odbytu, ogólnie nieciekawie. Ale przynajmniej wiedziałem, że mnie to czeka. Długo nie mogłem dojść do siebie. Plackiem leżałem z 5 dni. A kiedy pierwszy raz poszedłem do toalety, to w niej przymdlałem. Ale na szczęście w tym szpitalu nawet w toalecie są przyciski, dzięki którym można wezwać pielęgniarkę. I one zawsze się zjawiały, na każde wezwanie. Podziwiałem je. Po 7 dniach wyszedłem ze szpitala, a za 4 tygodnie miałem wyznaczony termin zamknięcia nowej stomii.

Nowa stomia była dwulufowa i trudniejsza w obsłudze. Jak pierwszy raz wymieniałem woreczek stomijny, to myślałem, że się załamię, nie mogłem sobie dać rady, ciągle się z niej lało, były szwy i nierówności. Ale z biegiem czasu nauczyłem się używać innych płytek i kleju. Odparzenia jednak powstały. Pocieszałem się myślą, że to tylko 4 tygodnie męki. Tę drugą stomię tym razem miałem po lewej stronie. Po miesiącu doszedłem do siebie i prawie byłem gotowy na już mniejszą operację zamknięcia tej ileostomii odbarczającej. Po 9 miesiącach od pierwszej operacji wycięcia jelita grubego pozbyłem się stomii. Już tego samego dnia po operacji wstałem i chodziłem. Najgorszym utrudnieniem była sonda dożołądkowa, nie mogłem tego znieść, a potem jak lekarz się ulitował nade mną i mi to wyciągnął, doszło łaknienie i jak zwykle torsje. Z pewną taką nieśmiałością czekałem na pierwsze parcie. Zaczęło się już tego samego wieczoru, najpierw powoli, a potem mniej więcej co parę godzin trzeba było udawać się na tron. Ale co za ulga. Nie będę tego ukrywał. Cieszyłem się, że pozbyłem "karola". Nawet jeśli to miało się wiązać początkowo z częstymi odwiedzinami toalety. I tak było. W drodze do domu po pięciu dniach obawiałem się, że nie dojadę, ale wszystko odbyło się bez wpadki. A potem, gdy zacząłem normalnie jeść, wszystko zaczęło się normalizować. Owszem, od tamtej operacji minęło około pół roku i wciąż uczę się żyć z pouchem (nową dupą jak mówię) i bywają okresy kiedy bywa różnie i coś mnie niepokoi, ale jestem zadowolony z podjętej decyzji. Generalnie na tronie muszę siadać jak jest dobrze około 5-6 razy na dobę, w tym raz w nocy. Organizm jednak musi mieć czas, aby przystosować się do nowej sytuacji, wszak jak mawia moja koleżanka "jest to niezłe przechytrzenie organizmu", żeby wyciąć jelito grube, a cienkiemu kazać spełniać rolę cienkiego, grubego i odbytnicy.

Ciężka choroba zmienia człowieka i myślę, że i mnie zmieniła. Mam nadzieję, że na lepsze. Ciężka choroba bywa często doświadczeniem pozwalającym znaleźć miarę życia albo przynajmniej zapoczątkować szukanie tej miary. Właściwego sensu życia. W pewnej chwili choroba może pomóc w uświadomieniu sobie co jest naprawdę istotne, a co stanowi nieważną pianę zdarzeń.

Dziękuję przede wszystkim doktorowi Jarosławowi Słocie, jego zespołowi i całemu personelowi Oddziału Chirurgii Ogólnej Szpitala Miejskiego w Siemianowicach Śląskich za leczenie i opiekę, mojej Rodzinie i Przyjaciołom za wszystko, ponieważ nie wiem, jakbym to wszystko bez nich przeszedł, oraz innym Osobom którzy mnie wspierali i doradzali, a ci wiedzą, że to o nich chodzi.

To co wy komuś dacie. Być może zostanie wam oddane przez kogoś zupełnie innego. Co wam zostanie ofiarowane, wy podarujecie może komuś jeszcze nieznanemu. (Małgorzata Baranowska - "To jest wasze życie")

Życzę wszystkim zdrowia i pogody ducha.

Pozdrawiam i zapraszam do korespondencji i wymiany doświadczeń. script2004@o2.pl

27 maja 2004 r., 21 czerwca 2005 r.

Do góry
Strona ma charakter wyłącznie informacyjny i korzystanie z niej nie może zastąpić porady lekarskiej.
Autorka i webmaster: