![]() | ![]() | ||
|
| |||
![]() | ||||
Agnieszka, mama Wojtkamarianborow@yahoo.pl |
Historie |
|||
![]() | ||||
![]() |
Moja historiaNasz historia zaczęła się dokładnie 6 maja 2005 r. w tym dniu urodziłam synka Wojtka w Inowrocławskim szpitalu. W pierwszej dobie życia lekarze zabrali mi synka twierdząc, że ma zapalenie płuc. W drugiej dobie życia okazało się, że to nie zapalenie płuc lecz dziecko nie oddaje smułki i co zje to wymiotuje. Natomiast w trzeciej dobie życia lekarz przyszedł i powiedział, że dziecko jest w ciężkim stanie i zostało przewiezione do szpitala do Bydgoszczy. Wtedy całe życie stanęło mi przed oczami, tak bardzo się bałam, że mój synek nie przeżyje. Zanim został przewieziony do szpitala w Bydgoszczy zdążyłam go ochrzcić. Ja od razu wyszłam na własne żądanie ze szpitala i z mężem pojechaliśmy zaraz do Bydgoszczy. Po przyjeździe do szpitala okazało się, że syn ma jakieś niedrożności jelit i jest konieczna natychmiastowa operacja. W czasie operacji razem z mężem przeżywaliśmy koszmar. tak bardzo się wtedy modliłam, aby operacja się powiodła i aby było wszystko dobrze. Moje modlitwy zostały wysłuchane, ale nie do końca. Chociaż operacja się udała, lekarze wycieli kawałek jelita, na którym była ta dziurka, ale wzięli jeszcze wycinki, gdyż podejrzewali chorobę Hirschprunga lub Mukowiscydozę. I znów dwa tygodnie niepewności i lęku, jakie będą wyniki. Wyniki przyszły, że jest to choroba Hirschprunga (Aganglioza jelita grubego). Wtedy byłam u kresu sił, gdyby nie wsparcie mojego męża, prawdopodobnie bym się całkowicie załamała. To dzięki jemu i jego wsparciu stanęłam na nogi i zaczęłam pozytywnie myśleć, że wszystko będzie dobrze. Drugą operację synek miał, gdy skończył miesiąc (cały czas od urodzenia przebywając w szpitalu). Lekarze przeprowadzając tę operację wyłonili jelito grube, a na jelicie cienkim założyli ileostomię. Operacja trwała 6 godz. Po tej operacji dziecko przebywało jeszcze miesiąc w szpitalu, po czym został wypisany. Nasza radość była ogromna, po dwóch miesiącach nareszcie nas syn zobaczył dom, ale i też mieliśmy ogromny strach, jak poradzimy sobie z tą chorobą. Następną operację lekarze zapowiedzieli, gdy synek skończy roczek. Ta operacja ma polegać na tym, że wytną mu całe jelito grube, a jelito cienkie połączą z odbytem. Po miesiącu od wypisania ze szpitala syn zaczął tracić na wadze, mniej jadł, a potem zaczęły się wymioty i znów powrót do szpitala. Wtedy trafiliśmy na oddział chirurgii. Po badaniach skierowano nas na oddział onkologii. Po rutynowych badaniach na oddziale onkologii stwierdzono, że się zakwasza (utrata elektrolitu sodu i potasu) i skierowano nas na oddział alergologii i gastroenterologii. Codzienne kroplówki, aby uzupełnić elektrolity, dwa razy dziennie pobieranie krwi na badania. Synka już nie mieli gdzie kuć, a ja cierpiałam razem z nim widząc pielęgniarkę z igłą. Dużo też zawdzięczam memu mężowi, który jak tylko miał wolne od pracy, to przyjeżdżał, zmieniał mnie, abym odpoczęła. Przeleżeliśmy dwa miesiące i wypisano nas do domu (elektrolity sód i potas musiał w domu dostawać doustnie). Po dwóch miesiącach pobytu w domu znowu zaczął się brak apetytu, wymioty i spadek wagi i ponownie szpital. Trafiliśmy tam 20 listopada 2005 r., ponownie zaczęły się kroplówki i uzupełnianie elektrolitów. Lekarze powiedzieli, że przez stomię na jelicie cienkim za szybko wszystko traci. W tym czasie na oddziale panował wirus Rotha (wymioty i biegunka) i oczywiście nasz syn załapał wirusa. Całą noc nie spaliśmy, wymiotował, a to co zjadł od razu miał w woreczku stomijnym. Rano kazano odstawić mu żywienie doustne i wprowadzono dożylne, tak spędziliśmy kolejny miesiąc w szpitalu. Wyszliśmy 21 grudnia, a na drugi dzień dziecko dostało zapalenia oskrzeli (poszpitalne) i seria 24 zastrzyków w domu. Piszę to 30 stycznia 2006 r. i na razie jesteśmy w domu. Synek gdy nic mu nie dolega, jest radosnym i uśmiechniętym dzieckiem i nikt kto go nie zna, w życiu by nie powiedział, że jest po takich przejściach i ma tak okrutną chorobę. Ja każdego dnia dziękuję Bogu, że spędziliśmy kolejny dzień w domu, a nie w szpitalu. Choć wiem, że czeka nas jeszcze jedna trudna operacja w maju. Ale mam taką nadzieję, że po tej operacji będzie wszystko dobrze i wreszcie nasze życie się ustabilizuje. Trzymając Wojtusia na rękach i patrząc na niego jaki jest radosny, uśmiechnięty i jak gaworzy, wiem, ze warto jest poświęcić się dla niego i będę walczyła z jego chorobą do końca. Mając chore dziecko dopiero zrozumiałam ludzi chorych, jak oni bardzo cierpią i potrzebują kogoś bliskiego, wsparcia i dobrego słowa. Bardzo chciałabym nawiązać kontakt z osobami chorymi na tę chorobę, aby się więcej dowiedzieć o niej i razem się wspierać, nie poddawać i iść z nią przez życie. Agnieszka, mama Wojtka Ps. Jest 25 lutego, a my od dwóch dni znowu przebywamy w szpitalu. 25 lutego 2006 r. |
![]() |
![]() | |
![]() | ||||
![]() |
![]() Strona ma charakter wyłącznie informacyjny i korzystanie z niej nie może zastąpić porady lekarskiej. Autorka i webmaster: |
![]() |
![]() | |
![]() | ||||